środa, 12 października 2011
wtorek, 11 października 2011
Co wiem o mojej Babci
Naprawdę niewiele.
Parę opowieści małego dziecka, które straciło matkę (czyli Mojej Mamy), choroba (gruźlica) oraz zniwelowany grób. Tyle wiedziałam gdy rozpoczęłam moje poszukiwania. Teraz dodałam do tego parę niedomówień o kłopotach małżeńskich, wyjazd jej matki po jej śmierci oraz ustalone daty z jej życia, których Moja Mama albo nie pamiętała albo nie chciała pamiętać.
Urodziła się w Horyńcu, 29 października 1917 roku. Jako dziecko przeniosła się z matką do Niemirowa, gdzie prawdopodobnie skończyła szkołę. Dowiedziałam się także, że w Niemirowie pracowała przy sanatoriach i że woziła tam chorych na wózkach; że z Niemirowa wyjechała jeszcze przed “wyproszeniem” Polaków przez Ukraińców w roku 1943. Zamieszkała wtedy w Giedlarowej, gdzie dorabiała albo zarabiała na utrzymanie siebie i córki przemytem papierosów przez Bug. Do dziś nie udało mi się ustalić gdzie był wtedy dziadek – podobno w niewoli niemieckiej, do której dostał się w roku 1941, ale czy to prawda? (ZboWiD nie ma o nim żadnych danych). W roku 1946 przyjechała z mężem do Gliwic. Zanim leżała w szpitalu w Białej była w sanatorium w Bystrej (nawet udało mi się znaleźć widokówkę tego sanatorium z tego okresu!). Zmarła 30 października 1949 roku, pochowana w Białej. Do szpitala do Białej przewieziono ją zaledwie dwa tygodnie przed śmiercią.
Podobno zawsze była bardzo elegancka. Miała piękny charakter pisma i uczyła się niemieckiego i francuskiego. Robiła pięknie na drutach i szydełku oraz umiała dobrze szyć. Raz robiąc kanapkę córce przekroiła ją kompletnie na pół, a Mama wtedy się obraziła, bo kanapka nie wyglądała jak kanapa (mebel) i Babcia musiała ją zrobić od nowa. Babcia bardzo zwracała uwagę na ubrania córki, dlatego Mama do dziś pamięta co ma na zdjęciach; zresztą wszystkie te rzeczy albo sama szyła, albo robiła na drutach. Granatowy aksamitny płaszczyk z kołnieżem i czapką z królika, niebieski aksamitny płaszczyk z dużymi guzikami, niebieski sweterek, na który Mama wyczekiwała, aż Babcia go skończy, sukienka “w łączkę” i sukienka z niebieskiej wełenki.
Czy uda mi się dowiedzieć cokolwiek więcej?
sobota, 8 października 2011
Cmentarz w Niemirowie.
Nigdy nie byłam na cmetarzu w Niemirowie. Pochowany jest tam stryj mojego dziadka, Antoni Wiśniowski i prawdopodobnie moja ciocia Lusia, a także ojciec mojej babci, Aleksander Obarianik. W 2002 roku dostałam stamtąd zdjęcia zrobione przez internetowych kolegów z Horyńca, którzy byli tam na wycieczce. Krzysztof z bratem odnaleźli grób Aleksandra oraz jego żony (który nota bene być może potwierdza, że pradziadek był bigamistą! ale o tym będzie kiedy indziej), bo oba miały nagrobki, natomiast grobów Wiśniowskich nie znaleźli. Niestety, polska część niemirowskiego cmentarza jest zaniedbana jak z opisu starego cmentarza z „Chłopów”. Tylko kamienne pomniki są troche inne... w „Chłopach” takich nie było.
I tutaj na scenę wchodzi Fundacja imienia Zygmunta i Jana Karłowskich i jej prezez Paweł Bietkowski. Od paru lat Fundacja ZJK dąży do restauracji polskiej części cmentarza w Niemirowie. W tym celu odbywają się rozmowy między władzami miejskimi Lubaczowa oraz Niemirowa. Planem Fundacji jest wydanie reprintów starych pocztówek niemirowskich i z uzyskanych w ten sposób funduszy opłacenie remontu oraz opieki nad cmentarzem. Być może w ten sposób moja prywatna kolekcja do czegoś się przyda.
A co na ten temat pisze sam Paweł:
Reprint kartek [...] Niemirowa prowadzi do realizacji kilku celów. Najważniejszy to przywrócenie tym miejscom historii z której zostały odarte, a można czerpać korzyści np. Poprzez sprzedaż kartek – reprintów z czasów przedwojennych, czasów prosperity, pieniądze przeznaczyć na jakiś cel. Fakt że zbierałaś te kartki 10 lat, fakt współpracy zarówno z naszą fundacją jak i z potomkami ostatnich przedwojennych właścicieli Krusensternów powinien być podkreślony jako wymierna korzyść dla obecnie mieszkających na tych terenach. To pierwsza propozycja dla wszystkich naprawdę chcących dalszego rozwoju tych miejsc. To wzór działania dla tych którzy chcą czerpać z historii swoich rodzin, nawiązywać do pracy i wysiłku swoich przodków. Wreszcie wysyłanie kartek przez lata będzie „rozsiewać” informację podaną na rewersie (hasłową krótką przemyślaną, prowadzącą do dalszych celów). To może brzmi górnolotnie, ale de facto nie tylko buduje, ale daje nam do zrobienia mały ale współny, konkretny projekt mający wymierną wartość. Prawdziwym celem projektu jest remont cmentarza w Niemirowie a dokładniej jego polskiej części. Zachodnia Ukraina to ziemia wroga Polakom a rewitalizacja cmentarzy jednym z priorytetów Polskiej Racji Stanu. Projekt jest trudny bo po drugiej stronie nie możemy liczyć na wsparcie czy pomoc, ale bardzo ważny i wart aby się na nim skupić... To nie będzie ani krótkie ani łatwe, ale w końcu przyniesie efekt."
Zdjęcie zrobione przez Krzysztofa Woźniego w maju 2002 roku.
wtorek, 4 października 2011
Przedwojenne pocztówki z Niemirowa-Zdroju.
Mam dużą kolekcję przedwojennych pocztówek z uzdrowiska Niemirów-Zdrój. Zbieram je od dziesięciu lat – kupuję na Allegro. Zaczęłam je zbierać, bo chciałam zobaczyć gdzie mieszkały i pracowały moja babcia i prababcia. Byłam bardzo zaskoczona, gdy – wpisawszy hasło Niemirów w wyszukiwarkę Allegro – zaraz za pierwszum razem znalazłam widokówkę z Niemirowa-Zdroju. Muszę zrobić dokładny inwentarz, ale po szybkim ich policzeniu wygląda na to, że mam ich sześdziesiąt pięć! Mam także dwie fotografie miasteczka, cztery foldery turystyczne oraz pięć fotografii prywatnych bez podpisów. Nie wiem do kogo należą, ale także są mi bardzo bliskie.
Niektóre pocztówki mam podwójne albo nawet i potrójne, bo kupuję każdą kartkę z obiegu. Fascynują mnie zapiski na rewersach. Niektóre banalne – „pozdrowienia z Niemirowa” lub „bawimy się dobrze, szkoda, że Was nie ma”, inne – całe opowieści o życiu, o zdrowiu, o złamanych sercach. Wiem dokładnie skąd Jacek Dehnel wziął pomysł na „Fotoplastikon”!
Oto pierwsze dwie pocztówki, które kupiłam.
piątek, 16 września 2011
Brachaczkowie z Naramowic.
W 2008 roku, w bazie danych ELA znalazłam wpisy dla gminy Naramowice (wtedy jeszcze) pod Poznaniem. W Naramowicach mieszkała moja prababcia Balbina z Barchańskich Brachaczek z mężem Fanciszkeim i dziećmi. Oto co znalzłam.
Znalezionych rekordów: 3 |
Naramowice | gmina | Rejestr mieszkańców. | koniec XIX w.-1939 | |
Naramowice | gmina | Skorowidz do rejestru mieszkańców. | 1932-1939 | |
Naramowice | gromada | lista dusz | XIX-XX w. |
A także:
miejscowość: | Naramowice |
obszar: | gmina |
województwo: | Poznań |
tytuł spisu: | Rejestr mieszkańców. |
daty: | koniec XIX w.-1939 |
typ spisu: | meld, skor |
miejsce przechowywania: | Archiwum Państwowe w Poznaniu 60-967 Poznań, ul. 23 Lutego 41/43, skr.poczt.546 tel: (61) 852-46-01 do 03 fax: 851-73-10 email: archiwum@poznan.ap.gov.pl www.poznan.ap.gov.pl |
zespół: | 475 Akta gmin przyłączonych do miasta Poznania |
sygnatura: | 163-165 |
nr karty: | - |
liczba jednostek: | 3 |
Podczas mojego sierpniowego pobytu w Poznaniu oczywiście odwiedziłam Archiwum Państwowe w Poznaniu. I po trzech dniach poszukiwań (bo raz źle wypełniłam kwit i dostałam zupełnie inne i niepotrzebne dokumenty) znazałam moich Brachaczków zarówno w indeksie, jak i w zapisach.
Oto co znalazłam.
A oto co musiałam najpierw przeszukać, aby to znaleźć!
wtorek, 6 września 2011
Wiejski listonosz.
Mój tata był listonoszem w Lasku pod Luboniem. Było to w latach 1956-69, gdy chodził zaocznie do Liceum w Poznaniu. Zawsze opowiadał z dumą o tej pracy. Według jego opowieści, jeszcze w latach 2000 nych żyli ludzie, którzy pamiętali go jako listonosza. „Już nigdy potem poczta nie przychodziła tak punktualnie” mówili.
Oprócz poczty i prasy Tata doręczał także renty. Kiedyś naczelnik poczty – a był to chyba pierwszy raz, gdy powierzył Tacie pieniądze, wręczył mu o paręset złotych za dużo. Tata mu je oczywiście po powrocie z trasy oddał i potem mówił, że zdał egzamin.
Roznosząc listy Tata zawsze miał przy sobie książkę do czytania. Czasami bywał to „Pan Tadeusz” – jego ulubiona lektura, czasami książka z matematyki. Ludzie pamiętali, że po zadzwonieniu stał przy furtce i coś zawsze czytał.
Tata parę razy opowiadał mi, jaki miał w Lasku rejon. Oczywiście nigdy tego nie zapisałam i po jego śmierci było mi bardzo głupio. Dopiero tego roku kuzyn Jerzyk opisał mi dokładnie, gdzie Tata rozwoził pocztę. Gdy Tata był listonoszem, to Jerzyk jeszcze mieszkał z rodzicami w domu dziadków. Dobrze pamięta, jak ciągle pytał: „Wuja, a jest << Świerszczyk>>?”
Oto rejon mojego Taty, gdy był listonoszem w Lasku. Od Topolowej na północy do Krętej na granicy z Wirami, od Jana III Sobieskiego az na Kocie Doły.
piątek, 2 września 2011
Roztoczańskie różańce.
Pani Olga Bietkowska posiada stary różaniec – jest to rodzinna pamiątka, która była kiedyś własnością jej matki Haliny Karłowskiej, żony prawnuka dawnego dziedzica Horyńca Aleksandra Ponińskiego. Różaniec jest stary, wygładzony dotykiem rąk, w ciepłym, jasno-brązowym kolorze. Ciężkawy, ale nie ciężki. Paciorki różnią się od siebie, nie są równe, zdecydowanie nie były wykonane maszynowo lub masowo. Kolor też różni się od kuleczki do kuleczki – niektóre są równo zabarwione na kolor ciepłego mosiądzu, inne mają łukowate odbielenia niemal do beżu. Dwa, w świetle flesza, lśnią jak bursztyny.
*
*Różaniec ten jest wykonany z ziaren krzewu konwaliowego czyli kłokoczki południowej (Staphylea pinnata). Kłokoczka to średniej wielkości krzew o intensywnie zielonych liściach, nieco podobnych do liści jesionu. Jej kora jest błyszcząca i ciemnobrązowa, ma charakterystyczne podłużne pęknięcia. Możemy się na nią natknąć w lasach roztoczańskich na przełomie maja i czerwca, obsypaną pięknymi, pachnącymi kwiatami. Kwiaty przypominają kwiatostany konwalii, są białe lub różowawe i zebrane w zwisające grona. Latem owoce kłokoczki dojrzewają – przypominają one skórzaste torebki o dwóch lub trzech komorach. Kuliste lub sercowate zawierają od jednego do siedmiu okrągłych nasion wielkości pestki czereśni. Pod koniec lata, gdy owoce i nasina podeschną podmuchy wiatru lub potrząśnięcie gałęziami krzewu wywołują charakterystyczny klekot nasion w torebce. Od tego dźwięku wywodzi się staropolska nazwa krzewu – „klekoczka”.
Obszar występowania kłokoczki to niemal cała Europa o umiarkowanym klimacie: Szwajcaria, Francja i Niemcy; Węgry, Rumunia, Bułgariia, Mołdawia. Na Zachodzie Europy oraz na Węgrzech uważana jest za krzew pospolity, natomiast na Słowacji i w Polsce jest rośliną chronioną. Na południu dociera do środkowej części Półwyspu Apenińskiego. Dalej na wschód występuje również na Ukrainie, w Małej Azji i na Kaukazie. Na Roztoczu kłokoczka osiąga północną granicę swojego zasięgu. Województwo Podkarpackie skupia najwięcej stanowisk tej rośliny. Kłokoczka rośnie w zasadzie tylko na pogórzu, w lasach i zagajnikach, więc Roztocze to wymarzona dla niej kraina. Krzewy kłokoczki rosną także w samym Horyńcu-Zdroju – może uda się ją wytropić podczas wycieczek w Parku Zdrojowym lub w miasteczku.
Kłokoczka była od wieków uprawiana przez człowieka i wykorzystywana do różnych obrządków. Wrosła w kulturę i wierzenia wielu ludów Europy: od Celtów sadzących ją na grobach i kurhanach swoich zmarłych, przez Niemców, którzy mówią na nią „drzewko śmierci” i przez Słowaków wierzących, że posiadanie przy sobie liści i korzeni kłokoczki zapobiega czarom i ułatwia rozpoznawanie czarownic do Hucułów, którzy przenieśli wiarę w magię kłokoczki z owoców właśnie na klekoczące nasiona. Na obszarze słowiańskim i w niektórych krajach germańskich wierzono, że miała ona bronić przed złymi duchami, demonami, topielcami oraz wampirami. Na wschodzie Europy istniał ludowy przesąd, że kwiaty kłokoczki zjednują miłość ukochanego. Może warto spróbować? Może ta właściwość nasion kłokoczki to akurat prawda?
Magiczne właściwości krzewu utrwalone czasach przedchrześcijańskich przeniknęły w późniejszym okresie do religii katolickiej. Swą cudowną moc - jak głosi legenda - zawdzięcza rozwinięciu się z laski pielgrzymiej świętego Jakuba. Z drewna kłokoczki wykonywano figurki świętych oraz inne przedmioty do wyposażenie kościołów i kaplic. W Polsce kłokoczka południowa odgrywała znaczną rolę w licznych zwyczajach i obrzędach ludowych. Młode pędy kłokoczki wykorzystywano do święcenia w Niedzielę Palmową. Ze święconych zdrewniałych pędów wyrabiano krzyżyki, które następnie przybijano nad drzwiami domów lub wkładano do palm wielkanocnych. Takie palmy, wbite w narożniki pól, miały je chronić od klęsk żywiołowych i zapewniać większy urodzaj. W Horyńcu i okolicach robiono z pędów kłokoczki wiązanki i wianki, które były święcone w Oktawę Bożego Ciała. W sierpniu pędy kłokoczki wykorzystywano do święcenia w święto Matki Boskiej Zielnej.
Także zwyczaj wyrabiana naszyjników lub różańców w Polsce z nasion kłokoczki istniał od bardzo dawna i był dość powszechny. Podczas gdy na terenie Niemiec nazywano ją „drzewkiem różańcowym”, a w języku polskim istnieje określenie „kłokoczka paciorkowa”. W okolicach Horyńca-Zdroju istnieją dwie osady, których nazwy sugerują, że wyrób różańców z nasion kłokoczki był znany i na Roztoczu. Są to Ruda i Huta Różanieckie. Czy możliwe, że mieszkańcy tych wiosek parali się wyrobem różańców o kłokoczkowych paciorkach? Być może różaniec pani Bietkowskiej został tam wykonany? Choć bardziej możliwe jest to, że różaniec ten został zrobiony przez zakonników z ziaren kłokoczki hodowanej w przyklasztornym ogrodzie. Warto wybrać się i do wiosek roztoczańskich, i do klasztoru – być może znajdziemy tam ślady kłokoczki lub wyrobów z jej drewna.
*Na zdjęciu wpółczesny różaniec z ziaren kłokoczki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










