Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horyniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horyniec. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Ukraina odzyskana!

Sześć miesiecy temu miałam wypadek z moim laptopem. Padł mi twardy dysk i nie udało się go odratować. Na szczeście wszystkie pliki związane z pracą miały w miarę świeży back-up więc zawodowej tragedii nie było.

Niestety, była klęska osobista. Olbrzymia. Megawielka. Nie do przeżycia, albo co najmniej. Z jakiegoś tam powodu nie zrobiłam back up zdjęć z podróży z Mamą na Ukrainę i do Horyńca! Zginęły mi także pliki drugiego wydania “Przodków” nad którymi pracowałam w Podkowie Leśnej pod koniec sierpnia.  Załamałam się. Przestałam pisać blog, spisałam genealogię na straty.

Z Nowym Rokiem zaczęłam odbudowywać moje straty. Wysłałam dysk do laboratorium, które zajmuje się odzyskiem straconych danych. I mam! Zdjęcia z Ukrainy, z Horyńca, pliki do “Przodków”, wszystko. Zapłaciłam więcej niż za zboże, ale co tam! Dusza od razu lżejsza i szczęśliwsza, humor się poprawił. Teraz tylko brać się do pisania i blogowania!

 
Stary cmentarz katolicki w Toporowie. 16 sierpnia 2012 roku.

środa, 21 marca 2012

Urbi et orbi...

Oto oficjalny wykaz powinowactwa, które łączy mnie z Jackiem Cieczkiewiczem.




Ta tablica pokrewienstw jest dowodem ogromu pracy, którą wykonał Jan Roman Cisowski. Jan – młody krakowianin studiujący w Bielsku – zajmuje się genealogią od 14 roku życia. Rodzina jego ojca pochodzi z Lubaczowa. Janek zbudował już olbrzymie drzewo w witrynie MyHeritage, a że moja rodzina pochodzi z powiatu lubaczowskiego, okazało się, że jestem z Jankiem powinowata. A że Janek – dzięki swojej mrówczej pracy – wykazał swoje powinowactwa i pokrewieństwo z prawie każdą rodziną z tamtych okolic, okazało się, że jestem powinowata także z Jolą Skalską, której rodzina pochodzi z Narola oraz z Anią Ordyczyńską z Leżajska –moimi dobrymi koleżankami genealogicznymi!Dlatego od dzisiaj nazywam Janka lubaczowskim Minakowskim!

Tak na marginesie, Janek z Jackiem jest powinowaty na 13 sposobów, a ja z Jankiem na 12 sposobów, z których najkrótszy ma trzy rodziny i 12 ogniw, a najdłuższy siedemnaście rodzin i 81 ogniw.

środa, 29 lutego 2012

Czym jest dla mnie Horyniec?

Przez prawie całe moje życie Horyniec był niczym. Nie wiedziałam o jego istnieniu. Dopiero w 2002 roku nazwa ta zaistniała nagle w mojej świadomości. Stało się to, gdy przeczytałam w akcie zgonu mojej prababci Konstacji Mazurkiewicz, że urodziła się w Horyńcu. Horyniec, cóż za Horyniec, nigdy o nim nie słyszałam, nikt mi nic o nim nie opowiadał. Raptem to małe słowo zaczęło znaczyć tak wiele – miejsce urodzenia mojej Babci, parafia, gdzie mogłam zacząć szukać moich przodków, miejsce spoczynku pokoleń moich antenatów. W tej małej wsi na pograniczu ukraińskim tworzyły się i toczyły losy mojej rodziny.
Zaczęłam sobie tę wioskę wyobrażać – jak wygląda, co tam jest. Gdzie stały domy prapradziadków. Jak wyglądały. Czy ktoś ich jeszcze tam pamięta. Co tam znajdę – domy? Posesję? Ziemię? Groby? Na pewno kościół i cmentarz, ale co poza tym?

Dzięki inernetowi, pierwszy spacer po Horyńcu mogłam odbyć pięć minut (sic!) przeczytaniu aktu zgonu prababci. W roku 2002 na stronie Niezależnego Serwisu Informacyjnego Horyniec.net znalazłam wirtualny spacer po Horyńcu. Ujrzałam dworzec kolejowy (tam zaczynał się ten spacer), tunel pod torami, kaplicę Zdrojową, Park Zdrojowy, pałac Ponińskich, teart. Najbardziej przemówiły do mnie zdjęcia starych cmentarzy – pięknie skadrowane, urokliwe, jakby zaklęte zdjęcia Prałasanata i Młodego. Nigdy nie przypuszczałambym, że chłopskie groby sprzed ponad stu lat miały nagrobki, które się do dzisiaj zachowały!  I te cmentarze w środku lasów, opuszczone, zarośnięte, gdzie groby jakby same wyrastały z ziemi. Gdy tylko zobaczyłam te zdjęcia, od razu zapragnęłam wszystko to zobaczyć na własne oczy, chciałam tam być, chciałam dotknąć tych starych, porośniętych mchem kamieni. Tam spoczęły prochy moich przodków i tam chciałam odnaleźć ich groby. Po prostu musiałam tam być! Przejść się po cmentrzu w Horyńcu, przedrzeć się przez chaszcze cmentarza w Bruśnie Starym, odczytać stare nazwiska na nagrobkach, poszperać w księgach parafialnych, zobaczyć chrzcielnicę gdzie została ochrzczona moja Babcia, jej matka oraz wielu moich przodków, pooddychać tym powietrzem, którym oni oddychanli, popatrzeć na to niebo, na które oni patrzyli.

Podróż ta udała się rok później, w czerwcu 2003 roku, gdy przyjechałam do Polski właśnie aby zobaczyć Horyniec i odwiedzić nowoodnalezioną rodzinę w Leżajsku. Pamiętam uczucie jakbym wracała do siebie, jakbym już tę wioskę skądś znała, jakbym już tutaj kiedyś była. Takie same uczucie miałam chodząc po lasach oraz polach horynieckich.

Wtedy już wiedziałam, że z Horyńca i jego okolic pochodziła większość przodków mojej Babci. W pracach genealogicznych dotałam do 10 pokoleń wstecz od mojej Mamy, znalazłam zapisy chrztów, ślubów i pogrzebów moich przodków w księgach parafialnych z Horyńca i z Brusna Starego. Mieszkali w Horyńcu, w Bruśnie Starym i Nowym oraz w Hucie Różanieckiej. Chodzili do tego samego kościoła, gdzie właśnie stałam przed ołtarzem, po tych samych polach i lasach, po których spacerowałam, pili wodę z tego samego świętego źródełka, w którym maczałam palce. Czułam jakby na mnie patrzyli, takim miłym, ciepłym wzrokiem. Byli prostymi chłopami, na pewno mieli ciężkie życie; łączy mnie z nimi więź krwi, którą po prostu wtedy czułam.

Przed przyjazdem udało mi się odnaleźć dalekich kuzynów w Horyńcu. Rodzina Mazukiewicz bardzo mile mnie przyjęła. Poznałam ich ojca, który jest kuzynem mojej Babci, oraz jego żonę. Przedstawili mnie innym krewnym, pokazali groby na cmentarzy, obwieźli i pokazali okolice Horyńca. Obejrzałam stare rodzinne zdjęcia. Zobaczyłam ziemię, gdzie stał dom, gdzie urodziła się moja Babcia oraz miejsce, gdzie miał dom jej wuj Benedykta. Odwiedziłam wójta, który wystawił akt zgonu moje praprababci oraz księdza proboszcza, z którym konsultowałam się na temat moich przodków. Ksiądz pozwolił mi obejrzeć stare księgi parafialne z XIX wieku. Znalazłam w nich oryginalne zapisy ślubów, chrztów oraz zgonów członków mojej rodziny z XIX wieku (starsze, które przeglądałam na mikrofilmach, znajdują się w archiwach w Warszawie, Zamościu, Lubaczowie i Lwowie). Byłam tam cztery długie, pełne wrażeń dni. Zrobiłam wiele zdjęć – kościoła, wioski, cmentarzy, pól, lasów, pięknych kwiatów polnych. I obiecałam sobie, że jeszcze tutaj wrócę.

Osiem lat później, latem 2011 roku, przyjechałam do Horyńca z moimi synami, dziesięcioletnim Lukiem, oraz czternastoletnim Jackiem. Na nic ich nie nawiałam, nic im nie opowiadałam, powiedziałam tylko, że jest to wioska, gdzie urodziła sie Mama ich Babci. Przyjechali do Horyńca parę razy (mieszkaliśmy u koleżanki w Narolu), przedarli się przez chaszcze na cmentarzach w Bruśnie Nowym i Starym, potaplali się w basenie w KRUSie, zachwycili sięcerkwią w Prusiech i połazili po granicy z Ukrainą. I pewnego dnia, w drodze do Radruży, mój syn nagle poprosił, abyśmy wysiedli z samochodu. Coś go poruszyło, koniecznie chciał wrócić na drogę z kałużami, która szła w szerokie pole Panoramy Horynieckiej. Pobiegliśmy oboje, ja z aparatem, a znajomi z młodszym synem czekali w samochodzie. Jack wszedł na pole, obejrzał się dookoła, westchnął i poprosił o zrobienie mu zdjęcia. Tutaj muszę podkreślić, że mój syn, jak typowy nastolatek, nie znosi jak mu się robi zdjęcia, normalnie to nie można go na nie namówić. „Dlaczego?” spytałam. „Nie wiem. Podoba mi się tutaj.”

wtorek, 11 października 2011

Co wiem o mojej Babci

Naprawdę niewiele.
Parę opowieści małego dziecka, które straciło matkę (czyli Mojej Mamy), choroba (gruźlica) oraz zniwelowany grób. Tyle wiedziałam gdy rozpoczęłam moje poszukiwania. Teraz dodałam do tego parę niedomówień o kłopotach małżeńskich, wyjazd jej matki po jej śmierci oraz ustalone daty z jej życia, których Moja Mama albo nie pamiętała albo nie chciała pamiętać.

Urodziła się w Horyńcu, 29 października 1917 roku. Jako dziecko przeniosła się z matką do Niemirowa, gdzie prawdopodobnie skończyła szkołę. Dowiedziałam się także, że w Niemirowie pracowała przy sanatoriach i że woziła tam chorych na wózkach; że z Niemirowa wyjechała jeszcze przed “wyproszeniem” Polaków przez Ukraińców w roku 1943. Zamieszkała wtedy w Giedlarowej, gdzie dorabiała albo zarabiała na utrzymanie siebie i córki przemytem papierosów przez Bug. Do dziś nie udało mi się ustalić gdzie był wtedy dziadek – podobno w niewoli niemieckiej, do której dostał się w roku 1941, ale czy to prawda? (ZboWiD nie ma o nim żadnych danych). W roku 1946 przyjechała z mężem do Gliwic. Zanim leżała w szpitalu w Białej była w sanatorium w Bystrej (nawet udało mi się znaleźć widokówkę tego sanatorium z tego okresu!). Zmarła 30 października 1949 roku, pochowana w Białej. Do szpitala do Białej przewieziono ją zaledwie dwa tygodnie przed śmiercią.



Podobno zawsze była bardzo elegancka. Miała piękny charakter pisma i uczyła się niemieckiego i francuskiego. Robiła pięknie na drutach i szydełku oraz umiała dobrze szyć. Raz robiąc kanapkę córce przekroiła ją kompletnie na pół, a Mama wtedy się obraziła, bo kanapka nie wyglądała jak kanapa (mebel) i Babcia musiała ją zrobić od nowa. Babcia bardzo zwracała uwagę na ubrania córki, dlatego Mama do dziś pamięta co ma na zdjęciach; zresztą wszystkie te rzeczy albo sama szyła, albo robiła na drutach. Granatowy aksamitny płaszczyk z kołnieżem i czapką z królika, niebieski aksamitny płaszczyk z dużymi guzikami, niebieski sweterek, na który Mama wyczekiwała, aż Babcia go skończy, sukienka “w łączkę” i sukienka z niebieskiej wełenki.

Czy uda mi się dowiedzieć cokolwiek więcej?

sobota, 8 października 2011

Cmentarz w Niemirowie.

Nigdy nie byłam na cmetarzu w Niemirowie. Pochowany jest tam stryj  mojego dziadka, Antoni Wiśniowski i prawdopodobnie moja ciocia Lusia, a także ojciec mojej babci, Aleksander Obarianik. W 2002 roku dostałam stamtąd zdjęcia zrobione przez internetowych kolegów z Horyńca, którzy byli tam na wycieczce. Krzysztof z bratem odnaleźli grób Aleksandra oraz jego żony (który nota bene być może potwierdza, że pradziadek był bigamistą! ale o tym będzie kiedy indziej), bo oba miały nagrobki, natomiast grobów Wiśniowskich nie znaleźli. Niestety, polska część niemirowskiego cmentarza jest zaniedbana jak z opisu starego cmentarza z „Chłopów”. Tylko kamienne pomniki są troche inne... w  „Chłopach” takich nie było.




I tutaj na scenę wchodzi Fundacja imienia Zygmunta i Jana Karłowskich i jej prezez Paweł Bietkowski. Od paru lat Fundacja ZJK dąży do restauracji polskiej części cmentarza w Niemirowie. W tym celu odbywają się rozmowy między władzami miejskimi Lubaczowa oraz Niemirowa.  Planem Fundacji jest wydanie reprintów starych pocztówek niemirowskich i z uzyskanych w ten sposób funduszy opłacenie remontu oraz opieki nad cmentarzem. Być może w ten sposób moja prywatna kolekcja do czegoś się przyda.


A co na ten temat pisze sam Paweł: 
Reprint kartek [...] Niemirowa prowadzi do realizacji kilku celów. Najważniejszy to przywrócenie tym miejscom historii z której zostały odarte, a można czerpać korzyści np. Poprzez sprzedaż kartek – reprintów z czasów przedwojennych, czasów prosperity, pieniądze przeznaczyć na jakiś cel. Fakt że zbierałaś te kartki 10 lat, fakt współpracy zarówno z naszą fundacją jak i z potomkami ostatnich przedwojennych właścicieli Krusensternów powinien być podkreślony jako wymierna korzyść dla obecnie mieszkających na tych terenach. To pierwsza propozycja dla wszystkich naprawdę chcących dalszego rozwoju tych miejsc. To wzór działania dla tych którzy chcą czerpać z historii swoich rodzin, nawiązywać do pracy i wysiłku swoich przodków. Wreszcie wysyłanie kartek przez lata będzie „rozsiewać” informację podaną na rewersie (hasłową krótką przemyślaną, prowadzącą do dalszych celów). To może brzmi górnolotnie, ale de facto nie tylko buduje, ale daje nam do zrobienia mały ale współny, konkretny projekt mający wymierną wartość. Prawdziwym celem projektu jest remont cmentarza w Niemirowie a dokładniej jego polskiej części. Zachodnia Ukraina to ziemia wroga Polakom a rewitalizacja cmentarzy jednym z priorytetów Polskiej Racji Stanu. Projekt jest trudny bo po drugiej stronie nie możemy liczyć na wsparcie czy pomoc, ale bardzo ważny i wart aby się na nim skupić... To nie będzie ani krótkie ani łatwe, ale w końcu przyniesie efekt."

Zdjęcie zrobione przez Krzysztofa Woźniego w maju 2002 roku.

piątek, 2 września 2011

Roztoczańskie różańce.

Pani Olga Bietkowska posiada stary różaniec – jest to rodzinna pamiątka, która była kiedyś własnością jej matki Haliny Karłowskiej, żony prawnuka dawnego dziedzica Horyńca Aleksandra Ponińskiego. Różaniec jest stary, wygładzony dotykiem rąk, w ciepłym, jasno-brązowym kolorze. Ciężkawy, ale nie ciężki. Paciorki różnią się od siebie, nie są równe, zdecydowanie nie były wykonane maszynowo lub masowo. Kolor też różni się od kuleczki do kuleczki – niektóre są równo zabarwione na kolor ciepłego mosiądzu, inne mają łukowate odbielenia niemal do beżu. Dwa, w świetle flesza, lśnią jak bursztyny.  
*
Różaniec ten jest wykonany z ziaren krzewu konwaliowego czyli kłokoczki południowej (Staphylea pinnata). Kłokoczka to średniej wielkości krzew o intensywnie zielonych liściach, nieco podobnych do liści jesionu. Jej kora jest błyszcząca i ciemnobrązowa, ma charakterystyczne podłużne pęknięcia. Możemy się na nią natknąć w lasach roztoczańskich na przełomie maja i czerwca, obsypaną pięknymi, pachnącymi kwiatami. Kwiaty przypominają kwiatostany konwalii, są białe lub różowawe i zebrane w zwisające grona. Latem owoce kłokoczki dojrzewają – przypominają one skórzaste torebki o dwóch lub trzech komorach. Kuliste lub sercowate zawierają od jednego do siedmiu okrągłych nasion wielkości pestki czereśni. Pod koniec lata, gdy owoce i nasina podeschną podmuchy wiatru lub potrząśnięcie gałęziami krzewu wywołują charakterystyczny klekot nasion w torebce. Od tego dźwięku wywodzi się staropolska nazwa krzewu – „klekoczka”.



Obszar występowania kłokoczki to niemal cała Europa o umiarkowanym klimacie: Szwajcaria, Francja i Niemcy; Węgry, Rumunia, Bułgariia, Mołdawia. Na Zachodzie Europy oraz na Węgrzech uważana jest za krzew pospolity, natomiast na Słowacji i w Polsce jest rośliną chronioną. Na południu dociera do środkowej części Półwyspu Apenińskiego. Dalej na wschód występuje również na Ukrainie, w Małej Azji i na Kaukazie. Na Roztoczu kłokoczka osiąga północną granicę swojego zasięgu. Województwo Podkarpackie skupia najwięcej stanowisk tej rośliny. Kłokoczka rośnie w zasadzie tylko na pogórzu, w lasach i zagajnikach, więc Roztocze to wymarzona dla niej kraina. Krzewy kłokoczki rosną także w samym Horyńcu-Zdroju – może uda się ją wytropić podczas wycieczek w Parku Zdrojowym lub w miasteczku.



Kłokoczka była od wieków uprawiana przez człowieka i wykorzystywana do różnych obrządków. Wrosła w kulturę i wierzenia wielu ludów Europy: od Celtów sadzących ją na grobach i kurhanach swoich zmarłych, przez Niemców, którzy mówią na nią „drzewko śmierci” i przez Słowaków wierzących, że posiadanie przy sobie liści i korzeni kłokoczki zapobiega czarom i ułatwia rozpoznawanie czarownic do Hucułów, którzy przenieśli wiarę w magię kłokoczki z owoców właśnie na klekoczące nasiona. Na obszarze słowiańskim i w niektórych krajach germańskich wierzono, że miała ona bronić przed złymi duchami, demonami, topielcami oraz wampirami. Na wschodzie Europy istniał ludowy przesąd, że kwiaty kłokoczki zjednują miłość ukochanego. Może warto spróbować? Może ta właściwość nasion kłokoczki to akurat prawda?



Magiczne właściwości krzewu utrwalone czasach przedchrześcijańskich przeniknęły w późniejszym okresie do religii katolickiej. Swą cudowną moc - jak głosi legenda - zawdzięcza rozwinięciu się z laski pielgrzymiej świętego Jakuba. Z drewna kłokoczki wykonywano figurki świętych oraz inne przedmioty do wyposażenie kościołów i kaplic. W Polsce kłokoczka południowa odgrywała znaczną rolę w licznych zwyczajach i obrzędach ludowych. Młode pędy kłokoczki wykorzystywano do święcenia w Niedzielę Palmową. Ze święconych zdrewniałych pędów wyrabiano krzyżyki, które następnie przybijano nad drzwiami domów lub wkładano do palm wielkanocnych. Takie palmy, wbite w narożniki pól, miały je chronić od klęsk żywiołowych i zapewniać większy urodzaj. W Horyńcu i okolicach robiono z pędów kłokoczki wiązanki i wianki, które były święcone w Oktawę Bożego Ciała. W sierpniu pędy kłokoczki wykorzystywano do święcenia w święto Matki Boskiej Zielnej.


Także zwyczaj wyrabiana naszyjników lub różańców w Polsce z nasion kłokoczki istniał od bardzo dawna i był dość powszechny. Podczas gdy na terenie Niemiec nazywano ją „drzewkiem różańcowym”, a w języku polskim istnieje określenie „kłokoczka paciorkowa”. W okolicach Horyńca-Zdroju istnieją dwie osady, których nazwy sugerują, że wyrób różańców z nasion kłokoczki był znany i na Roztoczu. Są to Ruda i Huta Różanieckie. Czy możliwe, że mieszkańcy tych wiosek parali się wyrobem różańców o kłokoczkowych paciorkach? Być może różaniec pani Bietkowskiej został tam wykonany? Choć bardziej możliwe jest to, że różaniec ten został zrobiony przez zakonników z ziaren kłokoczki hodowanej w przyklasztornym ogrodzie. Warto wybrać się i do wiosek roztoczańskich, i do klasztoru – być może znajdziemy tam ślady kłokoczki lub wyrobów z jej drewna.



*Na zdjęciu wpółczesny różaniec z ziaren kłokoczki.

środa, 13 lipca 2011

Horyniec - stare pocztówki.

Właśnie buszowałąm na Allegro. Jest stara pocztówka z Horyńca – Hotel Aleksandrówka. Ponieważ próbuję namówić grupę entuzjastów z Horyńca-Zdroju do wydania w formie albumu starych zdjęć oraz pocztówek (mam nadzieję, że uda nam się spotkać podczas naszej podróży), przystąpiłam do licytacji. Wiem z autopsji, że przedwojenne pocztówki horynieckie są bardzo drogie – będę musiała pilnować, żeby mnie nie przelicytowano.


Do tej pory udało mi się kupić zaledwie dwie stare pocztówki z Horyńca. Nadal marzę, że uda nam się album i że będę mogła się przyczynić do jego sukcesu.