Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2012

Ministrant.

Byliśmy dzisiaj na liturgii Męki  Pańskiej w Katerze Chrystusa Króla w Hamilton. Po wyjściu z kościoła mój starszy syn Jack zastanawiał się, komu chciałoby się w czasach współczesnych być ministrantem.  Był bardzo zaskoczony, gdy mu powiedziałam, że jego Dziadek (mój Tata) był ministrantem w kościele Świętego Floriana w Wirach (Jack pamięta ten kościółek z naszej sierpniowej podróży do Polski).


Gdy wróciliśmy do domu pokazałam im zdjęcie Dziadka jako ministranta. Na zdjęciu ksiądz Lech Paluch, proboszcz 1950-59. Mój Tata stoi pierwszy z prawej. Nie wiem, który to rok, ale Tata wygląda bardzo młodo, czyli prawdopodobnie początek lat piędziesiątych. Według książki Michała Gryczyńskiego “Nasze Wiry”, mój Tata był ministrantem w latach 1945-50, więc może to zdjęcie jest właśnie z roku 1950.
Książki wydawane z okazji jubileuszów parafii często zawierają wiele informacji przydatnych genealogom, dlatego o nich wspominam.


poniedziałek, 26 marca 2012

Podróż z moim Tatą.

W październiku 2003 roku wybrałam się do Polski z moim Tatą. Była to moja druga wyprawa genealogiczna (poprzednia miała miejsce w czerwcu tego samego roku, kiedy to pojechałam sama do Horyńca i Leżajska). Trochę obawiałam się tej wycieczki z moim Tatą; myślałam, że będą waśnie (tak to bywa, jak dwie uparte osoby robią coś razem), że będę się musiała  mu podporządkować, że będzie mi dokuczał (jak prawie że każda bardzo inteligentna osoba był złośliwy i nie znosił głupoty oraz mazania się).  Podróż zaczęła się niezbyt pomyślnie – Austrian Airlines ogłosiły strajk i nasz lot do Wiednia został odwołany. Udało nam się go przełożyć na lot przez Madryt (sic!) i z zaledwie trzygodzinnym opóźnieniem wylądowaliśmy w Wiedniu. Tam odebraliśmy samochód, aby pojechać – przez Slowację oraz kawałek Czechów - do Gliwic.
Przekroczyliśmy granicę bardzo późną nocą – około 23 przejechaliśmy ten sam most w Cieszynie, który zaliczyliśmy w przeciwnym kierunku w sierpniu 1980 roku. Koło się zamknęło. Gdzieś pod Rybnikiem zatrzymaliśmy się na małe conieco – kaszankę i piwko, bo jakże by inaczej uczcić powrót na Śląsk. Do Gliwic dojechliśmy już po północy.

W Gliwicach odwiedziliśmy przyrodniego brata mojej Mamy i jego rodzinę oraz Cmentarz Główny, gdzie jest pochowany mój dziadek macierzysty oraz jego stryjanka, która wychowywała moją Mamę. Tata odwiedzał swoich kolegów i znajomych, a ja swoich; schodziliśmy się w hotelu wieczorami na spanie. Odwiedziliśmy też parafie w Bieńkowicach i Bojanowie, skąd pochodziła rodzina jego Mamy, Marianny Brachaczek. Znalazłam tam akt zgonu Kajetana Brachaczka, prapradziadka Taty. Tacie, który nigdy tam nie był, bardzo się tam podobało; koniecznie chciał odwiedzić stare cmentarze oraz kościoły, stawał przy wiejskich pomnikach szukając nazwisk z genealogii, dzielnie sekundował mi gdy szukałam zapisów w księgach.

Z Gliwic pojechaliśmy do Poznania. Pamiętam tę trasę z dzieciństwa – pare razy pokonaliśmy ją jadąc na wakacje nad morze albo odwiedzając rodzinę. Prowadziłam najpierw ja, a jak już się zrobiło bardzo ciemno, kierownicę przejął Tata. A ja – pozbawiona obowiązku i stresu uważania i prowadzenia samochodu z manualną skrzynią biegów siadłam obok i – rozpłakałam się. Tak po cichu, w ciemnościach kabiny, żeby Tata nie zauważył. Tata dobrze wiedział dlaczego, choć w ogóle nie pytał.  Zaczął mi opowiadać o swojej miłości z młodości i jak to się skończyło, że ona go najpierw odrzuciła, a potem zmieniła zdanie, ale już było za późno. Przestałam się mazgaić.

W Poznaniu i okolicach odwiedziliśmy wielu krewnych, których nie znałam – syna kuzyna Taty Ryszarda oraz jego matkę Marię Nowaczyk. Jej mąż, Henryk, kuzyn Taty, także miał zacięcie genealogiczne. Ciocia Maria pokazała nam wszysktie jego zapiski i tablice, przewertowałam wszystko i wypisałam dane, których nie miałam. Szkoda, że go nigdy nie poznałam. Moglibyśmy sobie uciąć dobrą pogawędkę na tematy genealogiczne.

Drugi kuzyn Taty, Tadeusz Nowaczyk, mieszkał w Dzielicach. Spotkaliśy się z nim, jego żoną oraz synem, także Tadeuszem. Opowiedział  nam wiele o jego gałęzi Nowaczyków, pokazał zdjęcia swojego ojca Stanisława oraz stryja Ludwika, ojca Henryka. Stanisław pływał w marynarce handlowej, był na Dalekim Wschodzie. W Dzielicach odwiedziliśmy także grób pradziadka Jakuba Nowaczyka zmarłego w 1933 roku.  Po naszej wizycie Tata postanowił ufundować kamienny pomnik na jego grobie, co zrobiliśmy – wraz z Tadeuszem – dwa lata później.

Odwiedziliśmy także bliższą rodzinę, ciocie (siostry Taty) oraz kuzynów. I wszędzie nasłuchałam się opowieści o Tacie – jaki był przystojny, jakie miał przenikliwe niebieskie oczy, których nigdy nikt nie zapominiał, jak czytał Mickiewicza albo rozwiązywał zadania matematyczne, czekając przy furtkach gdy rozwoził pocztę w Luboniu. Z tych wszystkich opowieści biła sympatia i podziw. Byłam z niego dumna.

Dzisiaj przypomniała mi się ta podróż, bo wpadlo mi w rece zdjęcie Taty z jego metryką urodzenia. Znaleźliśmy ją podczas wizyty w lubońskim USC. Nigdy nie zapomnę jaki Tata był poruszony, gdy ją oglądał.

Przez całą podróż ani razu nie pokłóciliśmy, ani poróżniliśmy. Do końca życia będę wdzięczna, że się w tę podróż wybrałam. Niestety, nie udało nam się jej powtórzyć – Tata zmarł w 2009 roku.

wtorek, 6 września 2011

Wiejski listonosz.

Mój tata był listonoszem w Lasku pod Luboniem. Było to w latach 1956-69, gdy chodził zaocznie do Liceum w Poznaniu. Zawsze opowiadał z dumą o tej pracy. Według jego opowieści, jeszcze w latach 2000 nych żyli ludzie, którzy pamiętali go jako listonosza. „Już nigdy potem poczta nie przychodziła tak punktualnie” mówili.

Oprócz poczty i prasy Tata doręczał także renty. Kiedyś naczelnik poczty – a był to chyba pierwszy raz, gdy powierzył Tacie pieniądze, wręczył mu o paręset złotych za dużo.  Tata mu je oczywiście po powrocie z trasy oddał i potem mówił, że zdał egzamin.

Roznosząc listy Tata zawsze miał przy sobie książkę do czytania.  Czasami bywał to „Pan Tadeusz” – jego ulubiona lektura, czasami książka z matematyki. Ludzie pamiętali, że po zadzwonieniu stał przy furtce i coś zawsze czytał.

Tata parę razy opowiadał mi, jaki miał w Lasku rejon. Oczywiście nigdy tego nie zapisałam i po jego śmierci było mi bardzo głupio. Dopiero tego roku kuzyn Jerzyk opisał mi dokładnie, gdzie Tata rozwoził pocztę. Gdy Tata był listonoszem, to Jerzyk jeszcze mieszkał z rodzicami w domu dziadków. Dobrze pamięta, jak ciągle pytał: „Wuja, a jest << Świerszczyk>>?”

Oto rejon mojego Taty, gdy był listonoszem w Lasku.  Od Topolowej na północy do Krętej na granicy z Wirami, od Jana III Sobieskiego az na Kocie Doły.


wtorek, 16 sierpnia 2011

Podróż wspomnień.

Najpierw dworzec w Gliwicach. Przyjeżdżałam na niego wiele razy z Kędzierzyna w niedziele, odwiedzać dziadka. Wysiadaliśmy na tym samym peronie, szliśmy tym samym tunelem  pod peronami, wychodziliśmy przez te same drzwi. Kupowaliśmy bilety przy tych samych czarnych lastrikowych półkolistych ladach i siadałam na tych samych szerokich stołkach z jaśniejszego lastriko. Po prawej stronie dworca długo nie było nic, potem długo budowano biurowiec Biprohutu. Z dworca szliśmy prosto, ulicą Zwycięstwa i po prawej stronie, niedaleko od dworca kupowaliśmy w „Wisience” pączki. Czasami braliśmy prosto spod dworca taksówkę do domu na Łużyckiej, gdzie mieszkał Dziadek.

W czwartek pojechałam z synami i mężem tą samą ulicą do hotelu. Biprohut  i  „Wisienka” są tam nadal. 

Na drugi dzień poszliśmy zobaczyć mieszkanie, z którego wyjechaliśy w sierpniu 1980 roku.  Napisałam do obecnych mieszkańców z prośbą o przyjęcie i dzięki temu mogłam pokazać synom i mężowi peerelowskie M4 – mój stary pokój ma niewiele ponad 6 metrów kwadratowych, a „duży” pokój mial 16.  Z naszego mieszkania pozostało niewiele – tylko pawlacze i szafki w przedpokoju, które zbudował mój dziadek oraz 10-cio centymetrowy wykusz w łazience zrobiony aby zmieściła się ówczesna pralka automatyczna. Za balkonem – mieszkaliśmy na parterze – rosły kiedyś olbrzymie czereśnie : już ich nie ma.

Moja szkoła podstawowa jest teraz podstawówką oraz gimnazjum. Trwał w niej remont, więc nie mogliśmy wejść. W 2003 roku, w gabinecie geograficznym dalej wisiał ten sam rozjechany krokodyl, a w gabinecie biologicznym rozkładały się te same spreparowane żaby oraz szczury. Może są nadal.

W piątek z gliwickiego dworca ruszyliśmy do Poznania. Najpierw wszystkie stacje do Kędzierzyna: Łabędy, Rzeczyce, Taciszów, Rudziniec, Blachownia, Kędzierzyn.  Potem – jak w dzieciństwie – Opole, Wrocław, Leszno, Kościan, Rawicz, Puszczykowo, Luboń i Poznań. Przed samym Luboniem – dom wuja Bronka, z którego prosto przez pole szło się do dziadków. Bylo bliziutko...

sobota, 13 sierpnia 2011

Udało się!!!

Wszyscy przyjechali, wszyscy się dobrze bawili, wszyscy byli, bo chcieli tam być.  Tereska kupiła bilety dwa tygodnie temu, Makiko jeszce pozniej. Makiko z dziećmi przyleciała z Japoni wczoraj! Monika z Phnom Penh przez Berlin przedwczoraj!!! Na zjazd stawiła się wdowa Marka, a jej syn, który jutrzo się żeni, był nawet na pare minut z narzeczoną. Byli: Tadeusz, Jurek, Ewa, Ireneusz, Basia, Tereska, Renata, Andrzej, Grazyna, Monika i ja. Kiedyś było nas trzynaścioro...



Wspominaliśmy dziadków, nasze wizyty w domu dziadków, swięta rodzinne, oraz ich 50-tą rocznicę ślubu. Renata, która ma pamięć jak żółw z Galapagos, opowiadała o Babci i Dziadku – jak się poznali, jak babcia na zapowiedzi dwa razy dawała. Przyjechała też jej mama, a nasza ciocia Adela – jedna z dwóch żyjących sióstr mojego Taty. I opowiadała. Jak Tata był jej pupilkiem, jak Tata sprawił, że za złego człowieka za mąż nie wyszła (bo on nie chciał dziecku - czyli Tacie – cukierków dać), jak mu sprawiła skórzane buty z cholewami za 2 tys. złotych i jak Tata je zawsze paćkał w błocie i ona mu je codziennie pucowała. Szkoda, że tak mało....
Przywiozłam osiem egzemplarzy wywodu przodków Babci, wywodu przodków Dziadka, oraz opis ich rodziny, czyli opis ich życia (co o nich wiemy) oraz spis ich dzieci, wnuków, prawnuków i praprawnuków. Było za mało, bo przyjechało więcej osób, niż miało. Jak już zbiorę wszystkie dane, to wydam to na dobrym papierze i w kolorze i sprawię ludziom prezenty.  Zrobiłam dużą planszę, na której wszyscy wpisali swoje imiona (to był pomysł

mojej siostry, Moniki).
Pojechaliśmy na cmentarz w Wirach i obeszliśmy wszystkie groby z naszej rodziny: trzech sióstr, które zmarły jako dzieci, zmarłych kuzynów, córki kuzyna, naszej prababci i oczywiście – dziadków.


wtorek, 5 lipca 2011

Zjazd kuzynów - przygotowania.

Długo, długo nie pisalam. Przepraszam wiernych czytelników – mam nadzieję, że Was nie straciłam.

Powód? Przygotowania do zjazdu kuzynów w Polsce. Rzuciłam rodzinie hasło i zostało bardzo dobrze przyjęte. Będą kuzyni, którzy porozjeżdzali się po całym świecie – reprezentowane bedą: Kanada, Kambodża, Japonia, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i – oczywiście – Polska. Będą kuzyni z żonami, kuzynki z mężami, wielu z nas z dziećmi. Będą dzieci brązowe, skośnookie i różowe. Grecy, półWietnamczyk oraz Japonka.

Pojdziemy na cmentarz, gdzie pochowani są dziadkowie i prababcia. Zwiedzimy kościółek, gdzie dziadkowie oraz prawie wszystkie ich dzieci brali śluby. Gdzie nasi rodzice byli chrzczeni, gdzie odbywały się msze pogrzebowe.

Zobaczymy i pokażemy dzieciom, co zostało z domu dziadków – niestety, prawie nic.

Poczytamy i uzupełnimy album o dziadkach, nad którym pracuję.

Zrobimy wiele zdjęc.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Zjazd kuzynów albo praca nad albumem.

Będę w tym roku w Polsce. Planuję długi pobyt z synami i mężem. Odwiedzimy miejsca, z których pochodzą i gdzie mieszkali moi przodkowie: Horyniec-Zdrój, Bieńkowice, Lasek pod Poznaniem. Sama wybieram się do Objezierza oraz do Cerekwicy i Ceradza Kościelnego – tam nie dojechałam z Tatą w 2003 roku.

W związku z tym wyjazdem postanowiłam zwołać zjazd kuzynów. Moi dziadkowie mieli dziewięcioro dzieci, z których sześcioro przeżylo i założyło wlasne rodziny. Jako dziecko miałam dwanaście kuzynów i kuzynek. Potem urodziła się jeszcze jedna kuzynka i moja siostra. Trzech kuzynów już nie żyje, ale resztę postanowiłam ściągnąć, zwłaszcza że trójka, która mieszka najdalej – w Japonii, Australii i w Stanach – wybiera się na ślub bratanka w tym samym czasie gdy my tam będziemy. Takiej okazji po prostu nie można przepuścić.

Dlatego od soboty siedzę i robię album o naszych dziadkach i ich przodkach. Będą tam trzy działy – "Rodzina Marianny i Wojciecha Nowaczyków", "Przodkowie Wojciecha Nowaczyka" i "Przodkowie Marianny Brachaczek". Robię porządek ze zdjęciami i zapiskami, sprawdzam dane, identyfikuję osoby na starych zdjęciach.

Praca ta ma w sobie tyle cudnych niespodzianek! W sobotę otrzymałam od kuzynki z Polski zdjęcie mojego Taty. Takiego uśmiechu nigdy u niego nie widziałam! Jest na nim tak podobny do mojego syna.

czwartek, 17 lutego 2011

Lubonianie w Powstaniu Wielkopolskim.

Dzisiaj poczta doręczyła świetną książkę “Lubonianie w Powstaniu Wielkopolskim”. Wydana przez Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe “Forum Lubońskie” w 2009 roku pod redakcją Piotra Pawła Ruszkowskiego. Forum Lubońskie ma na swoim koncie już cztery* pozycje historyczne dotyczące Lubonia i okolic, które już od dawna są w mojej bibliotece, a które, oczywiście, kupił Tata podczas podróży w rodzinne strony.

Jest to książka wzorowa w wielu aspektach. Starannie opracowana, wydana z pietyzmem, bogato ilustrowana książka z 320 biogramami lubońskich uczestników Powstania. Zawiera ponad 450 zdjęć – fotografii powstańców i ich rodzin, domów, dokumentów, starych legitymacji, dyplomów. Zdumiewa ilość informacji w tej wydawałoby się małej książce. Jedyne co trochę razi to brak datowania ilustracji.

Jej początek jest dowodem co można zrobić małym nakładem środków z dużym dodatkiem miłości, szacunku i pamięci. Jest świetnym przykładem co może osiągnąc grupa bezinteresownych, lecz zainteresowanych gay zależy im na zachowaniu historii i pamiątek ich małej ojczyzny. Powstała z inicjatywy “Wieści Lubońskich” oraz Klubu Historycznego Forum Lubońskiego. W 2008 roku ogłosiły one akcję “Ostatnia szansa”, której celem było zebranie od żyjących jeszce potomków informacji o powstańcach. Jestem szczęśliwa, że ta książka powstała i że mój dziadek został w niej odnotowany.

Książka ta powinna być wzorem dla innych lokalnych klubów historycznych do opracowania publikacji o swoich przodkach i historii swojej miejscowości.

Szkoda, że tej ksiażki nie dożył już mój Tata. I szkoda, że o nie wiedziałam o jej powstawaniu. Ale wygląda na to, że nawet nie wiedząc o tej publikacji, w pewien sposób się do niej przyczyniłam – w liście źródeł do biogramu mojego Dziadka podano “Poszukiwanie przodków”! Koło się zamknęło.


* Żabikowo: Dzieje wsi i fundacji Augusta Cieszkowskiego. 1998.
Luboń: Dzieje osadnictwa i dziewięciu parafii. 1999.
Wykopaliska archeologiczne w Luboniu. 2002 i 2005
200 lat oświaty w Luboniu. 2008 (jeszcze nie mam).